Phoenix Super Rally 2012 odbył się w sierpniu br. o czym szeszej pisałem w tym miejscu. Tam, choć w międzykontynentalnej edycji konkursu Miss Sonya Sylwia nie znalazła się na podium, to – jak mówi – całej eskapady nie zapomni do końca życia. Poznajmy więc, również jej relację z amerykańskich wojaży Forever.

„Kiedy Ula Zyskowska powiedziała mi, że powinnam startować w wyborach Miss Sonya w Warszawie, potraktowałam to jak dobry żart i byłam tym bardzo rozbawiona. Ale Ula nie dała za wygraną. Mówiła, że to świetna zabawa i przygoda. Wierzyła we mnie od początku, więc postawiła mnie przed faktem dokonanym i zapisała do konkursu oświadczając z uśmiechem – „startujesz i już!”

Piękny sen, z którego nigdy nie chciałabym się obudzić

Nigdy wcześniej nie zetknęłam się z podobnym konkursem. W Forever działałam dopiero kilka miesięcy i nie zdążyłam jeszcze zapoznać się z kosmetykami Sonya. Ostatni tydzień przed wyborami był szalony i spędziłam go na poszukiwani strojów – biznesowego i wieczorowego oraz na gruntownym zapoznawaniu się z kosmetykami Forever. Udało się w ostatnim momencie. Wygrałam polską edycję konkursu i w nagrodę pojechałam do Budapesztu na European Rally 2012, aby tam wziąć udział w konkursie Miss Sonya. Budapeszt – hmm, to była niezła szkoła i wszystko wyglądało zupełnie inaczej niż w Warszawie. Jechałam bardziej zestresowana. Ogłoszenie wyniku zaskoczyło mnie kompletnie! Tego się nie spodziewałam! Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę! Już sama możliwość zaprezentowania się przed ponad 11 tysięczną widownią była niezwykłym przeżyciem, ale wygrana? O tym nawet nie marzyłam! Gdy wręczono mi szarfę Miss Sonya Europe, piękny zegarek wysadzany masą perłową i kryształami Swarovskiego oraz gigantyczny czek z zaproszeniem na Super Rally w Phoenix miałam wrażenie, że to tylko mi się śni!

Na wybory do Phoenix uszyłam nową suknię

Haha! Nie mogłam przecież wystąpić w „starej”. Stres był mniejszy, bo po Budapeszcie wiedziałam już czego mogę się spodziewać. Poza tym, dla mnie wygrałam już wszystko, co mogłam. Udział w Super Rally i wycieczka pozjazdowa była fantastyczną i niespodziewaną nagrodą. Jechałam podniecona bardziej czekającą mnie przygodą niż samymi wyborami.

Konkurs był rozłożony na dwa dni zjazdu. Dzień pierwszy – makijaż i strój biznesowy, dzień drugi – makijaż i strój wieczorowy. Pomiędzy kandydatkami nie było żadnej rywalizacji. Wszystkie bawiłyśmy się świetnie, żartując i robiąc sobie zdjęcia z artystami występującymi na scenie. Ja, chociaż nie wygrałam, czułam się jakbym wygrała. To, co działo się po ogłoszeniu wyników, przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Gratulowano mi, spotkałam się z niezwykłą życzliwością i to nie tylko ze strony naszej cudownej grupy, ale od ludzi z całego świata! Tylu miłych słów, komplementów, życzeń i uśmiechów, nie dostałam przez całe życie!

Wycieczka pozjazdowa – trudno to opisać!

Organizacja perfekcyjna w każdym calu! Nawet trudno powiedzieć, co było najpiękniejsze – mekka Foreverowców czyli biuro Rexa Maughana w Scotsdale i plantacja aloesu czy może Grand Canyon? Spływ rzeką Colorado czy Las Vegas? A może Southfork Ranch, na którym kręcono serial Dallas?

Siedziba FLP w Scotsdale jest ogromna! Otoczona polami golfowymi i wszechobecna zielenią. Byłam na Olimpie Forever! Przejście korytarzem flag wśród których jest i nasza Polska, zostanie mi długo w pamięci, a stąd prosto do biura Rexa. Ten człowiek z żelaza cierpliwie przyjmował wszystkich gości, do ostatniego. Każdy chciał mieć z nim zdjęcie w jego gabinecie i choć przez chwilę zasiąść w jego fotelu. Plantacja aloesu jest po prostu piękna! Wdychałam zapach świeżych roślin i rozkoszowałam się widokiem tysięcy krzaków aloesu, rosnących pod błękitnym niebem. Byłam tu! Osobiście! I mogłam ich dotknąć, poczuć w dłoniach wagę dorodnego liścia i zobaczyć, jak przebiega zbiór. Z plantacji udaliśmy się tuż obok do zakładu stabilizacji miąższu aloesowego. Tam pokazano nam cały proces produkcyjny, począwszy od płukania liści poprzez filetowanie, rozdrabnianie, aż do finalnego produktu – ogromnych zbiorników, w których stabilizowano miąższ aloesowy. Innego dnia mogliśmy też zobaczyć zakłady produkcyjne suplementów. Niesamowite wrażenie robi tysiące żółtych bukłaczków przelatujące z zawrotną prędkością przez taśmociągi, do których nalewany jest miąższ, czy roboty przemysłowe podające puste tubki past i kremów do automatów. Mogłam to wszystko zobaczyć na własne oczy, a nie tylko na filmie!

Pozostała część wycieczki to najwspanialsze widoki Grand Canyonu podziwiane z wysokości prawie 4000 metrów, na które wdrapał się nasz autokar. Czerwień gór, głębokość samego krateru, niesamowite formy skalne układające się w kształt wodospadów i bezkresna przestrzeń po horyzont, zapierały dech w piersiach. Jakby tego było mało, mogliśmy podziwiać piękno gór i fragment kanionu Colorado płynąc jej nurtem w ogromnych pontonach.

No i Las Vegas! Dojeżdżając wieczorem do tego miasta na pustyni, z daleka było widać ogromną łunę wytworzoną przez miliony, a może (tego nikt nie wie) dziesiątki milionów żarówek! Swoim przepychem i niezliczoną ilością atrakcji Vegas przyprawia o zawrót głowy. Nie wiedziałam na co najpierw patrzeć! Te dwie noce były szalone! Dzięki Sebastianowi Sroce, który zdążył wykupić nam wycieczkę autobusową, mogłam obejrzeć więcej tego niezwykłego miasta śpiącego w dzień a żyjącego nocą. Tak gigantycznych hoteli nie widziałem nigdzie w całej Europie! Wszędzie niespotykany przepych i luksus, który do tej pory widziałam tylko na filmach. No i kasyna – dosłownie wszędzie! No, ale przecież to miasto hazardu. Dałam się namówić i zagrałam z przyjaciółkami, bo kto nie był w kasynie ten podobno nie był w Las Vegas. Jednoręki bandyta okazał się łaskawy dla nowicjuszek i wygrałyśmy z Ulą po kilka dolarów – zabawa była świetna i muszę przyznać, że bardzo wciągająca.

Zakończenie wycieczki to czysta nostalgia – prawdziwy Teksas! Wizyta w Southfork Ranch, gdzie kręcono serial „Dallas”. Mogliśmy podziwiać filmowe wnętrza i obejrzeć zbiory muzealne poświęcone temu serialowi. Rodeo i przystojni kowboje, a potem przyjęcie i wyśmienita zabawa do późnego wieczora… oczywiście z nauką teksańskich tańców włacznie!

Przeżycia trudne do opisania

Każde z odwiedzonych przeze mnie miejsc jest wyjątkowe i zostawia niezatarte wrażenie. Można by napisać o tym książkę, ale jedno chciałabym powiedzieć na zakończenie w tym miejscu. Te wszystkie wydarzenia i wspaniałe wspomnienia są cały czas żywe, dzięki wspaniałym ludziom z całego świata, których poznałam w Forever! Za to wszystko chciałabym podziękować dyrektorowi Jackowi Kandeferowi – mojemu patronowi duchowemu, Joasi Klupp i Monice Hajzner z działu marketingu, które wspierały mnie wszędzie, Bogusi Sroce za najcieplejsze słowa otuchy, a w szczególności Uli Zyskowskiej, od której to wszystko się zaczęło, i dzięki której spotkała mnie najwspanialsza przygoda w życiu."

Artykuł pochodzi z 31 numeru drukowanego wydania "Network Magazynu", który pojawi się na rynku już za kilka dni. (Foto: Robert Bekier).