Nam udało się w kuluarach przeprowadzić ekskluzywny wywiad, właśnie z milionerem Brigiem Hartem, najlepiej zarabiającym obecnie top liderem w MonaVie, który opowiadał o swoich początkach, miłości do biznesu MLM i…

Maciej Maciejewski: W Polsce pana jeszcze nikt nie zna. Proszę powiedzieć o sobie słów kilka.

Brig Hart: Pierwszy raz zetknąłem się z MLM w styczniu 1978 roku w Jacksonville na Florydzie, gdzie jako drobny przedsiębiorca prowadziłem sklep z akcesoriami do surfingu. Bardzo słabo mi to szło, brakowało mi pieniędzy. Wtedy zupełnie mi obcy człowiek zauważył, że poszukuję sposobu na zarobienie pieniędzy i zaprosił mnie na spotkanie biznesowe. Poprosił o założenie garnituru. Jako, że byłem luzakiem i surferem, to nie miałem garnituru, a raczej klapki, dżinsy i długie włosy. Dlatego nie poszedłem na to spotkanie.

Brig i Lita Hart w warszawskim hotelu Hilton Brig i Lita Hart w warszawskim hotelu Hilton
W akcji podczas otwarcia MonaVie w Polsce W akcji podczas otwarcia MonaVie w Polsce
Z Dallinem Larsenem Z Dallinem Larsenem
Od lewej: Yona Fichman, Radosław Baszyński, Brig i Lita Hart, Dallin Larsen, Randy Schroeder Od lewej: Yona Fichman, Radosław Baszyński, Brig i Lita Hart, Dallin Larsen, Randy Schroeder

Dzięki Bogu ten jegomość wrócił nazajutrz i zapytał, dlaczego się tam nie pokazałem. Wytłumaczyłem więc, że nie chciałem się błaźnić przed innymi. Umówiliśmy się w moim domu, a właściwie w sklepie, w którym mieszkałem. Ten człowiek przyszedł i pokazał mi plan marketingowy Amwaya. Oczywiście nie zdawałem sobie wtedy sprawy co to takiego ten Amway, a gość kreślił jakieś koła, opowiadał o duplikacji, produktach, które mogę nabyć dla siebie i polecić innym, aby oni też nabywali dla siebie, mówił o uczeniu się reklamowania tych produktów i uczeniu innych, jak je reklamować. Koleś nie zdawał sobie sprawy, że po tym wykładzie nie mogłem spać przez trzy dni. Pomimo, że Amway powstał w 1958 roku, to ja wtedy słyszałem o tym biznesie po raz pierwszy i było to dla mnie coś wręcz niesamowitego i nierealnego. Zapisałem się, ale pomimo mojego zauroczenia tym biznesem, jakoś nie pasowałem do niego. Surfer, długie włosy itd. Miesiące przyglądałem się człowiekowi, który robił ten biznes, fascynowałem się jego stylem życia i nie mieściło mi się to w głowie. Podczas tych trzech bezsennych nocy myślałem o ekonomii o moim biznesie tradycyjnym, który już pochłonął tysiące dolarów, a jednak zbankrutowałem. Moje wydatki pozostawały na tym samym poziomie, a przychody drastycznie malały. Więc przed oczami jawi się bankructwo – a tutaj przedstawiają biznes bez praktycznie żadnych nakładów finansowych. Myślałem też o tej zasadzie, że lepiej mieć 1% procent z wysiłku stu ludzi niż 100% z pracy własnej. Wciąż nie rozumiałem, jak to działa, ale sam zacząłem działać... W ciągu roku i trzech miesięcy zmieniło się moje podejście do tego biznesu, rozwinąłem się intelektualnie i duchowo i postanowiłem również oddać się bez reszty temu biznesowi. A więc był to dla mnie nowy start duchowy i biznesowy.

MM: Jak wtedy wyglądały pana zarobki?

BH: W ciągu następnego roku w MLM zarobiłem więcej pracując w niepełnym wymiarze, niż kiedykolwiek marzyłem, że zarobię. Było to ok 100 000 USD rocznie podczas, kiedy w całym dotychczasowym życiu zarobiłem 8 000 USD. Okazało się, że to o czym myślałem podczas nieprzespanych nocy idealnie działało. I co ciekawe, nie udało mi się tego zrobić z przyjaciółmi, których wtedy miałem, lecz z ludźmi, których napotykałem każdego dnia na swojej drodze. Pieniądze odkładałem, gdyż nie sądziłem, że tak dobra passa potrwa długo. Ale tak naprawdę nauczyłem się wiele w tym okresie, zacząłem rozumieć trzy aspekty dobrego biznesu networkowego: świetny produkt, zaangażowani dystrybutorzy i świetny program wspierający/marketingowy. Tak zmieniło się moje życie. Słuchałem wykładów Dextera Jagera, czytałem książki motywacyjne, przebywałem w dobrym i odpowiednim środowisku. Po ślubie zaprzestałem pracy, ale firma wciąż wypłacała mi jakieś niewiarygodne pieniądze. Analizowałem z żoną co powinniśmy robić dalej w życiu i wszystko wskazywało na MLM. Bo tylko w tym biznesie osiąga się bierne dochody. Pomimo, że my już nie działaliśmy, firma wypłacała nam 6 cyfrową sumę – to było wspaniałe. Z tego powodu zadecydowaliśmy, że znów zaczniemy aktywnie pracować w Amway – ta firma istniała już dosyć długi czas, ale była jedyną, którą znałem. Był rok 1986 i w 18 miesięcy z Litą staliśmy się diamentami. Mieliśmy chyba najsilniejszą strukturę w firmie. Mieliśmy po około 40 diamentów w Chile, Brazylii, Argentynie, Meksyku, a także tutaj w Europie Wschodniej. Zarobiłem ok 351 milionów USD w okresie 12 lat i to jako kwalifikowany podwójny diament. Zasponsorowałem ponad 2 miliony osób, a najintensywniej i najciężej pracowałem w okresie od 1986 do 2000 roku.

MM: Dlaczego zakończył pan przygodę z Amwayem?

BH: W tym czasie nastąpiły dramatyczne zmiany kulturowe i Amway powędrował od marketingu osobistego i relacji personalnych, dzięki którym ja osiągnąłem sukces, do marketingu internetowego, co uważałem w tamtym czasie za niewłaściwe. Dlatego postanowiliśmy się wycofać. Wciąż uważamy, że marketing oparty na relacjach jest najlepszym narzędziem do budowania tego biznesu.

MM: Chce pan powiedzieć, że w MLM nie używa internetu?

BH: Oczywiście internet to świetne narzędzia komunikacyjne, ale nic nie zastąpi relacji jeden na jeden. Kiedy 5 lat temu odkryłem produkt MonaVie i wystartowałem z tą firmą, również postawiłem na budowanie biznesu na relacjach. Dzięki sprawnej pracy w internecie mam więcej czasu na spotkania dedykowane, ale dla mnie internet w MLM to narzędzie komunikacyjne, a nie rekrutacyjne. Wielu ludzi próbuje się ze mnie śmiać, ale szybko przestają, kiedy dowiadują się że zarabiam więcej dziennie, niż oni w rok, a jest tak dlatego, że z ludźmi, których zaprosiłem do tego biznesu wybudowałem również ciepłe relacje przyjacielskie i to powód, że oni nie rozglądają się za innymi możliwościami lecz zostają zemną. To bardzo ważne. Cała moja grupa to moi przyjaciele – pomagamy sobie nawzajem i nie rozglądamy się za innymi firmami, choć wiem, że niektórzy tak robią. Kiedy wstąpiłem do MonaVie wszyscy spodziewali się, że zacznę przewerbowywać moich liderów z Amwaya, ale ja do dziś dnia nie zaproponowałem tego nikomu. Nie działam w ten sposób.

MM: Więc w jaki sposób pozyskuje pan nowych ludzi do współpracy? Jakich technik pan używa?

BH: Poznaję ludzi prowadząc normalne życie, takie, jak każdy inny człowiek. Kiedy się przeprowadziłem poznałem nowych sąsiadów, dzwoniłem do swoich dawnych kolegów, później do ich rodzin, opowiadałem o produkcie i tyle. Jestem człowiekiem ciepłego marketingu, a nie zimnego. Wybieram ludzi, z którymi się rozumiem. To tak, jak z drużyną basebolową – oni rozumieją się bez słów. Ale uważam, że nie jestem dobry w rozmowie z profesjonalistami marketingu, nie jestem jeszcze usatysfakcjonowany z własnych osiągnięć, choć inni są nimi zaskoczeni. Sądzę, że wciąż jestem w fazie rozwoju pomimo, cały czas pomagam konsekwentnie jednej osobie w jednym czasie. Prawdopodobnie Bóg daje mi doświadczyć tego, czego większość ludzi nigdy nie doświadczy, ponieważ koncentruję się na człowieku. Jeśli pomogę jemu jednemu, to i on pomoże jednemu i już jest ich dwóch. Jeśli tych dwóch pomoże jednemu to jest ich 4, potem 8 i tak dalej… To siła duplikacji. Do dziś wierzę, że aby być wielkim, należy zająć się jednostką, odpowiednio się nią zaopiekować, a więc to marketing relacji. Większość ludzi chce iść szybko, ale okazuje się, że nic z tego nie mają. Owszem, ich grupa jest duża, ale nie mają fundamentu. A żeby biznes przetrwał potrzebny jest fundament i przewodnictwo. Dlatego ja nie patrzę na rekrutację w sposób ilościowy, bo nie chcę mieć tłumów, a potem wszystko stracić. Nie każdy chce tego słuchać ale według mnie to właśnie jest gwarancją stałego i solidnego biznesu MLM. Wielu liderów to rozumie i chcieliby tak działać, ale nie są wystarczająco cierpliwi. To prowadzi do nadużyć w relacjach międzyludzkich.

MM: A co pan myśli o networkerach, którzy działają w kilku firmach MLM jednocześnie? Czy tacy „fachowcy” mają jakieś szanse na sukces?

BH: To tak, jakby poślubić dwie kobiety. Kiedy nie zawsze masz szansę na zaspokojenie jednej – oczywiście żartuję, ale taki związek skazany byłby na porażkę. Podobnie jest z biznesem MLM. Koncentracja powinna być tylko na jednym biznesie i wszyscy w grupie powinni to wiedzieć. Inne postępowanie będzie demotywujące. Bo jak podzielić lojalność lub mówić z pasją o wielu czasem konkurujących ze sobą marketingach? W historii nie było jeszcze nikogo ze znaczącym sukcesem w wielu firmach MLM jednocześnie. Dla mnie MonaVie jest wyjątkową firmą nie dlatego, że jest lepsza od innych firm, ale dlatego, że mój przyjaciel Dallin Larsen jest wyjątkowy. Moi przyjaciele tworzący moją grupę są wyjątkowi. Przede wszystkim jesteśmy wobec siebie lojalni, mamy do siebie pełne zaufanie, kupujemy nie tylko produkt, ale i wizję, styl życia. Nie wyobrażam sobie dzielić tak ważnych spraw na kilka części.

MM: Lubi pan czytać książki?

BH: Tak. „Biblia”, „Jak zyskać przyjaciół” – Dale’a Carnegi oraz Davisa Schwartza – „Magia myślenia na wielką skalę”.

MM: Najlepszy szkoleniowiec?

BH: Nie ma takich. Ci którzy są na świecie popularni, sprzedają książki i na tym robią kasę, a nie pomagają ludziom, nie budują biznesu. Chyba tego nie potrafią robić. Dlaczego mam się uczyć od nich?

MM: Dziękuję za rozmowę.

Tekst jest fragmentem obszernego materiału, który w całości ukaże się już w lipcowym wydaniu drukowanej wersji "Network Magazynu".