źródło: www.flickr.com źródło: www.flickr.com

Początek dalekich, odbywanych drogą morską wypraw, to wiek XV. Ale chorobę znano jednak dużo, dużo wcześniej. Potężne, śmiertelne żniwo szkorbut zbierał przede wszystkim wśród żołnierzy. Dziesiątkował zarówno maszerujące wojska, jak i mieszkańców długo oblężonych miast. Ponieważ nie rozumiano przyczyn tej okrutnej plagi, trudno było spodziewać się skutecznego na nią lekarstwa. Wzajemnie wykluczających się teorii tworzono całe mnóstwo, więc co i rusz pojawiały się kolejne remedia. Niestety, żadne z nich nie miało mocy przywracania zdrowia. Co gorsza, nie przynosiło nawet ulgi w cierpieniach.

Śmiertelne niebezpieczeństwo

Podczas jednej z morskich podróży, szkorbut dotknął setkę (na stu trzech) członków załogi. Na pomoc przyszli im Irokezi z kanadyjskiego Quebeku. „Cudowny lek” zastosowany na walczących o życie nieszczęśnikach to nic innego, jak najzwyklejszy napar z kory i igieł sosnowych. Miało to miejsce w roku 1553.

Kilka miesięcy później, jeden z admirałów Marynarki Brytyjskiej, Sir Richard Hawkins, odnotował, że w całej swojej karierze był świadkiem zgonu ponad 10 000 marynarzy, którzy odeszli z powodu tej samej choroby. Jego wieloletnie doświadczenie pokazywało, że najskuteczniejszy sposób na powstrzymanie rozwoju gnilca, to sok z surowych pomarańczy i cytryn. Chcąc zażegnać śmiertelne niebezpieczeństwo czyhające na kolejnych żeglarzy i żądnych przygód śmiałków, zdecydował się na przekazanie wniosków swoich obserwacji decydentom i opinii publicznej. Niestety, ta jakże ważna informacja nie spowodowała najmniejszego przełomu w myśleniu o fatalnej w skutkach przypadłości.

Minęło kolejnych dwieście (!) lat. W roku 1753 James Lind – ordynator Szpitala Marynarki Królewskiej, chirurg, w opublikowanej przez siebie książce wyraźnie stwierdził, że całkowite wyeliminowanie problemu dotykającego żeglarzy jest możliwe dzięki systematycznemu dostarczaniu im soku cytrynowego. Podał liczne opisy konkretnych przypadków. Udowodnił, że uwzględnienie w codziennym żywieniu rzeżuchy i owoców cytrusowych zapobiega powstawaniu zarazy dziesiątkującej załogi statków.

Biorąc pod uwagę, jak istotny dla ocalenia tysięcy istnień ludzkich mógłby być wkład doktora Linda, należałoby spodziewać się, że spłynie na niego szacunek i chwała. Niestety, stało się zupełnie inaczej. Zamiast uznania i podziwu, szerokim strumieniem płynęły… szyderstwa i kpiny. I to zarówno ze strony admiralicji, jak i kolegów lekarzy. Jego bezcenną wskazówkę ignorowano jeszcze przez 40 lat! Dopiero słynny kapitan Cook zadecydował o zabraniu w podróż wystarczająco dużego zapasu świeżych owoców. Powracającego Cooka (w 1776 r.) ze zdrową załogą, powitano z wielkim entuzjazmem. Mimo to, raport z tej historycznej wyprawy został najzwyczajniej zlekceważony. I znów „dopiero”, bo w roku 1794 (tj. w roku śmierci doktora Linda), po raz pierwszy zdecydowano się zaopatrzyć całą eskadrę morską w sok cytrynowy. Podczas rejsu trwającego 23 tygodnie, nie zanotowano ani jednego przypadku szkorbutu! Zanim jednak wprowadzono przepisy zobowiązujące do stosowania tej formy profilaktyki, minęło kolejnych 10 wiosen! Z chwilą ich wejścia w życie, widmo tej strasznej choroby w Marynarce Brytyjskiej przestało istnieć.

Spójrzmy na to raz jeszcze:

1553 – Irokezi ratują od śmierci cierpiących marynarzy,

1753 – książka dr Linda podaje dokładny sposób na rozprawienie się z chorobą,

1776 – z rejsu wracają zdrowi żeglarze,

1794 – załoga statku po raz pierwszy zostaje zaopatrzona w sok cytrynowy,

1804 – przepisy zobowiązujące do stosowania działań przeciwszkorbutowych wchodzą w życie.

Jakby nie liczyć: 1804 – 1553 = 251. Dwieście pięćdziesiąt jeden LAT NIEDOWIARSTWA, IGNORANCJI, IRRACJONALNEGO UPORU!!! W imię czego?

Nie masz wrażenia, że podobnie jest z marketingiem sieciowym?

Nieważne, że w USA (zaczęło się od Harvarda, teraz prym wiedzie Uniwersytet w Chicago) od dawna jest to już samodzielny kierunek studiów. Również na starym kontynencie ma miejsce coraz więcej programów szerzących wiedzę o tym ogromnie atrakcyjnym sposobie na zawodową i finansową niezależność. Nawet w naszym kraju, dzięki inicjatywie niezwykłego (w moim odczuciu) człowieka, od prawie siedmiu już lat, wychodzi porządne pismo branżowe. Wydaje się na ten temat coraz ciekawsze (również autorstwa rodzimych autorów) książki, a dzięki genialnemu narzędziu, jakim jest internet, można wziąć udział w profesjonalnie przygotowanych, interesujących wideo-konferencjach. No i wreszcie dzięki zaangażowaniu fantastycznych ludzi, doczekaliśmy się perełki w postaci Podyplomowych Studiów Marketingu i Przedsiębiorczości, które właśnie, wraz z rozpoczynającym się nowym rokiem akademickim, ruszają na renomowanej wrocławskiej WSB.

Mimo to, w kwestii – czy przyłączyć się do którejkolwiek z firm działających w systemie MLM – większość niezdecydowanych zasięga porady u… nie mającego o tym zielonego pojęcia sąsiada albo szwagra. Często, tak jakoś dziwnie się składa, że w rolę eksperta od network marketingu wchodzą osoby, które z własnej inicjatywy nigdy nie zarobiły złamanego grosza. Nie rozumiejąc o co w tym całym przedsięwzięciu chodzi, tak całkiem na wszelki wypadek odradzają jakiekolwiek działania. Wolą zapobiec temu, by nie daj Boże, nagle, „od tego dziwnego czegoś”, nie zrobiło Ci się lepiej. No bo co będzie, jak przestaniesz narzekać?! W ramach „uświadamiania” niepokornego, przyszłego adepta biznesu sieciowego, straszą piramidami, w których koniecznie muszą panować egipskie ciemności, a na jakiegoś samozwańczego faraona, w pocie czoła pracują zastępy niewolników. Pozwól Czytelniku, że jako podsumowanie, przytoczę korespondujące z dzisiejszymi rozważaniami słowa Mahatmy Gandhiego:

„Najpierw cię ignorują, potem się z ciebie śmieją, później z tobą walczą, a później wygrywasz.”

Żeby jednak nie było tak egzotycznie, jeszcze coś z rodzimego, współczesnego podwórka: „Lekceważenie. Krytykowanie. Obserwacja. Akceptacja. Zainteresowanie. Te etapy są tak naturalne i niezmienne, jak cztery pory roku. Z tą tylko różnicą, że jest ich pięć.” (Roman Hadasik, współautor książki „Etat, biznes tradycyjny czy marketing sieciowy”). Szkorbut i marketing sieciowy to pojęcia niby nie mające ze sobą nic wspólnego. Teraz widzisz podobieństwo między nimi?

Kończąc te dywagacje, życzę zarówno Tobie Drogi Czytelniku, jak i sobie, by ziarna pozytywnych społecznie idei padały (zwłaszcza w czasie gospodarczej recesji) na żyzny grunt i miały szansę na rodzenie wspaniałych owoców, również (a może przede wszystkim) w postaci zawodowej i finansowej wolności.

Autorka tekstu zainicjowała biznes MLM po 19 latach pracy pedagogicznej na etacie. Jak mówi, jej życie na przestrzeni tego okresu odwróciło się o 180 stopni. Znalazła swoją pasję i misję, zrealizowała wiele, nawet „nieprzyzwoicie” odważnych pragnień. Jednym z najgorętszych, zaraz po podróżach, było pisanie. Dla tej czynności wymarzyła sobie miejsce szczególne, czyli „skrojony na miarę”, upragniony, własny dom pod lasem, w którym mieszka z mężem Dariuszem i dwiema uroczymi córkami: Kasią i Weroniką. Prowadzi bloga pod adresem: www.dorotamadejska.pl. Od niedawna Dorota jest członkiem elitarnego Klubu TOP Liderów MLM.

Artykuł pochodzi z 25 nr "Network Magazynu", który można kupić w Lider Sklepie.