Maria MacharzewskaMaria Macharzewska

Angelika Łuszcz: Jakie czynniki zadecydowały o tym, że postanowiłaś porzucić pracę w korporacji i podjęłaś działalność zarobkową jako „wolny strzelec”?

Maria Macharzewska: W moim sercu zawsze było pragnienie wolności, niezależności i spełnienia się w tym, co kocham, co sprawia mi radość. Mam na myśli pracę z ludźmi. Czuć power i satysfakcję ze swojej pracy to przecież cream de la cream tego, co można w życiu osiągnąć. A jeśli na dodatek dzielimy się w ten sposób dobrem – to już czyste spełnienie marzeń! Moje pragnienia stały się więc rzeczywistością. Wszechświat słucha. Trzeba uważać, jakie prośby się do niego wysyła (śmiech). Po pięciu latach pracy w korporacji dostałam wymówienie, które doceniłam dopiero z perspektywy czasu. To niełatwe doświadczenie z czasem potraktowałam jak prawdziwe uwolnienie. Korporacja nauczyła mnie organizacji i systematyczności, ale zdałam sobie sprawę z tego, że ramy i ograniczenia, które narzuca – nie są dla liderów, a rzekome „bezpieczeństwo”, które oferuje, mija się z prawdą. Z dnia na dzień zwolniono mnie po latach zaangażowania. Ponieważ zawsze pragnęłam od życia czegoś więcej, ta sytuacja nauczyła mnie, by nie poprzestawać na tym co mam, by stale się rozwijać i szukać odpowiedzi na nurtujące pytania. Nauczyła mnie niezależności od systemu. I tak zaczęła się przygoda z pracą na własnych warunkach, z zatrudnieniem niekrępującym mojej kreatywności. Jestem sobie sterem i okrętem – nie boję się dryfować w nieznanych kierunkach.

Ewa Klag: Z tak przykrego doświadczenia wyciągnęłaś dla siebie ważną lekcję…

Maria Macharzewska: Zgadza się. Na wszystko, co nas spotyka, powinniśmy patrzeć z dystansu. Dać sobie czas. Jestem przekonana co do tego, że takie podejście zawsze owocuje pożytecznymi rozwiązaniami.

Angelika Łuszcz: Wyobrażasz sobie powrót do etatu?

Maria Macharzewska: Nie, nie i… nie. Formuła sukcesu od DuoLife to moje miejsce. Wszystko co jest związane z szybkością, klasą, ekskluzywnością, rozwojem, ludźmi, nowatorskimi rozwiązaniami i bezpieczeństwem finansowym znalazłam w jednym miejscu. Co więcej, poznałam Przyjaciół przez wielkie „P” – ludzi, którzy mnie doceniają i wspierają, patrzących na człowieka z innej perspektywy. Taki układ mi odpowiada. Czuję się na swoim miejscu i uwielbiam to uczucie spokoju oferowane przez soft marketing. Od początku wszystko szło tutaj we właściwym tempie. Miałam czas na zdobycie własnego przekonania do produktów i zaufania do branży, w której – uwaga – nie miałam żadnego doświadczenia. A proces przełamywania własnych barier i przekonań narzuconych mi przez innych zwyczajnie musiał potrwać. Wymagało czasu, zanim odpowiedziałam sobie na pytanie „Co chcę robić w życiu?” Ale jestem zdania, że takie przystanki „stop” są niezwykle potrzebne.

Ewa Klag: Zatrzymałaś się, by wrócić ze zdwojoną energią?

Maria Macharzewska: Właśnie! A kiedy dostałam wypowiedzenie, nie mieściło mi się w głowie, bym kiedyś znowu była w stanie zakochać się w swojej pracy. W korporacji byłam nakręcona na PR i marketing, szalenie ceniłam współpracę z ludźmi, a tematy kręciły się wokół samochodów czy rajdów samochodowych – w DuoLife mam to wszystko i jeszcze więcej. Tutaj naprawdę czuję, że żyję.

Angelika Łuszcz: Co konkretnie daje Ci to poczucie spełnienia?

Maria Macharzewska: Nie muszę zamieniać czasu na pieniądze. Widzę, jak moje dziecko dorasta wtedy, kiedy tego chcę. Czas dla siebie? Wtedy, kiedy potrzebuję. Wakacje? Tam, gdzie chcę i wtedy, kiedy chcę. Zdobywam wiedzę od praktyków, jak żyć zdrowiej. Sama określam wyzwania, które podejmuję i nieustannie się rozwijam. Jeżdżę luksusowym samochodem i zarabiam tyle, by mieć to zbawienne poczucie, że jestem kobietą niezależną.

Ewa Klag: Czy zarządzanie własnym czasem jest dla Ciebie wyzwaniem?

Maria Macharzewska: Mówiąc precyzyjniej – nie zarządzam swoim czasem, ale sobą w czasie, który jest mi dany. Planuję i realizuję, zmieniam i koryguję plany, wyznaczam sobie wyzwania i pracuję nad samodyscypliną każdego dnia, a kiedy chcę wrzucić na luz – wrzucam. Bo w zarządzaniu sobą chodzi o to, aby było Ci dobrze z tym, co robisz. Mam na myśli uczucie równowagi pomiędzy pragnieniami, a myślami i działaniami. Zarządzanie sobą to nieustanna wdzięczność za to, co się zrobiło i niedosyt z powodu tego, co wciąż można by osiągnąć, zdobyć, kim być. A w wielkim skrócie – chodzi o to, aby być sobą, bo wtedy nie mamy konkurencji. Nie warto się porównywać, poszukiwać lepszych czy gorszych od siebie i zatruwać umysł kortyzolem. Wierzę, że jedyna osoba, do której mogę się porównać, to moje „ja” z dnia poprzedniego. I w ten sposób mówię do siebie każdego ranka.

Angelika Łuszcz: I to jest clou Twojego uniwersalnego podejścia do zarządzania?

Maria Macharzewska: By wprowadzić harmonię do czasu, który jest mi dany, afirmuję również rzeczy piękne, co daje mi wolność oraz wzmacnia samodyscyplinę w zarządzaniu sobą. Czas pracy w biznesie soft marketingowym nauczył mnie, aby wybierać mądrze. Wybierać właściwych ludzi do współpracy i zajęcia, które dodają energii! Oczywiście miałam po drodze mnóstwo wyzwań i potyczek z tym związanych. Wciąż pracuję nad sobą i szukam równowagi, ale nie brakuje mi czasu na – pracę, dodatkowe zajęcia, posiłki, treningi, spotkania biznesowe, spotkania towarzyskie, medytację, lekturę, zabawę z dzieckiem i randki z mężem. Ten balans w życiu uważam za najważniejszy. Wypracowanie codziennych rytuałów i strategiczne planowanie pomagają zachować spokój.

Ewa Klag: Twoją niewątpliwą zaletą jest kreatywność i przebojowość. Czy te cechy pomagają w budowaniu biznesu?

Maria Macharzewska: Są spójne z moich charakterem, co niewątpliwie pomaga mi być sobą w tym, co robię. Wierzę w teorię, że podobieństwa się przyciągają, a to za sprawą mojego wspaniałego zespołu – pełnego pasji i pragnienia o pięknym życiu. Jestem pewna, że ten specyficzny magnetyzm pomiędzy nami nie jest przypadkowy. Przyciągnęło nas do siebie bliźniacze spojrzeniem na życie.

Angelika Łuszcz: Czyli kreatywność jest cechą dobrego lidera?

Maria Macharzewska: Tak, a przebojowość niezwykle pomaga i daje mi siłę do zrobienia kroku w przód. Dzięki niej nie brakuje mi również odwagi do działania. Jestem kobietą spontaniczną i planującą, ekspresyjną i analizującą, przebojową i wyciszoną. Mam w sobie te wszystkie cechy prawdziwej kobiety. Dzisiaj jestem taką bizneswoman, jaką zawsze pragnęłam być – z pazurem, ale jednocześnie delikatną i wrażliwą, niezależną i równolegle oddaną – mamą i żoną – partnerką w biznesie i w życiu. Bo prawdziwa kobieta, jak sądzę, nie jest w stanie wpasować się w jeden określony schemat. Kobieta prowadząca BIZNES Z KLASĄ to istota kreatywna, znająca wartość swojego potencjału i ufająca sobie na tyle, by móc kontynuować pracę mimo niesprzyjających warunków. Poza tym twórczy charakter pomaga mi obracać sytuacje niesprzyjające we wspierające.

Ewa Klag: A gdyby ktoś lub coś ograniczało Twoją kreatywność?

Maria Macharzewska: Zanudziłabym się na amen. Ja muszę tworzyć, kreować, wymyślać, wprowadzać nowe rozwiązania, być w ruchu, a jednocześnie potrafię kreatywnie się wyciszyć. Medytuję – co jest niezwykle potrzebne w biznesie. Spokój i opanowanie, skupienie na moich partnerach biznesowych.

Angelika Łuszcz: Jakie korzyści czerpiesz z takiego wyciszenia?

Maria Macharzewska: Przede wszystkim szacunek i zaufanie do samej siebie, swoich umiejętności i ludzi, z którymi tworzę biznes.

Ewa Klag.: Jakie jeszcze sposoby ma pełna energii Maria Macharzewska na tak zwane „ładowanie baterii”?

Maria Macharzewska: Moje akumulatory ładują się poprzez różnorodność doznań i życie w zgodzie ze sobą, ze swoimi potrzebami – życie w prawdzie. Wzmacniam się również wlewając do swojego organizmu najlepsze paliwo. To kwestia wypracowania odpowiednich zachowań, regularnego uprawiania sportu i odpowiedniej suplementacji. Codziennie poprzez medytację duszy i ciała doposażam siebie samą w zaufanie i miłość. Każdego dnia suplementuję się również moim ulubionym produktem zwanym „płynną energią”. Chlorofil działa jak naturalny energetyk. Dbam więc o ciało i umysł oczyszczając je z toksyn zarówno mentalnych jak i fizycznych. Moja dieta to najlepsze produkty z możliwych, choć staram się nie popadać w skrajności. Kiedy wraz z synkiem mamy ochotę na lody – idziemy do cukierni i sprawia mi to radość. A radość to fundamentalna emocja, jeśli mówimy o energii. Wyrzuty sumienia, gorycz, stres – te czynniki są dla energii destrukcyjne. Dlatego wybieram mądrze i czerpię moc radości z przygody, jaką jest życie.

Angelika Łuszcz: „Być kobietą sukcesu” – co to dla Ciebie znaczy?

Maria Macharzewska: Sukces to uczucie spełnienia, które emanuje zarazem poczuciem szczęścia. Sukces ma wiele znaczeń. Rozumiem go na kilku płaszczyznach. Jednak „być kobietą sukcesu” to przede wszystkim „być kobietą szczęśliwą”. Spełnianie się w obszarach, które mają dla mnie kluczowe znaczenie oraz synergiczne połączenie tych płaszczyzn. Uważam, że nie można osiągnąć sukcesu wyłącznie na jednej wybranej płaszczyźnie. Działania jednotorowe zazwyczaj są realizowane kosztem innych obszarów życia.

Ewa Klag: A więc „być kobietą sukcesu” to w pewnym sensie „być człowiekiem renesansu”?

Maria Macharzewska: W pewnym sensie. Mam na myśli to, że trzeba dbać o wiele obszarów naraz, w synergiczny sposób. Szanować swoją przestrzeń, ale i przestrzeń osób, które się kocha. Aby być kobietą sukcesu, wybrałam branżę biznesową, która daje mi wewnętrzny spokój i poczucie, że to, co robię jest dobre i spójne z moimi wartościami, a jednocześnie pozwala mi na pełną swobodę i kreatywność. Trzeba się jednak pilnować, by nie osiąść na laurach i traktować ten stan jako proces – nieustanny rozwój.

Angelika Łuszcz: Odnieść sukces w sferze finansów i życia prywatnego zarazem to bez wątpienia marzenie wielu osób. Zdaje się, że jesteś dowodem na to, że to możliwe. W jaki sposób osiągnąć podobną równowagę?

Maria Macharzewska: Moim największym marzeniem zawsze była szczęśliwa rodzina – aby doświadczyć cudu macierzyństwa oraz niegasnącego pożądania w małżeństwie. Natomiast moja druga połowa pragnęła spełnienia zawodowego, wykorzystania własnego potencjału, zakreślenia swojej przestrzeni i odrębności właściwej kobietom aktywnym zawodowo. Synergia tych dwóch sfer, o których wspomniałaś, jest dla mnie wyznacznikiem spełnienia. Na taki styl życia pracowałam mądrze, wraz z mężem i nie mówię, że było łatwo, ale na pewno było warto. Wiele zależy od tego, jak bardzo pragniemy osiągnąć w życiu podobny cel. A skoro pragniemy, to nasza intencja jest prawdziwa i jesteśmy w stanie znaleźć wyjście z każdej sytuacji.

Ewa Klag: Mówisz „wraz z mężem” – czy to znaczy, że warunkiem „spełnienia” jest również współpraca w związku?

Maria Macharzewska: Setki mniej lub bardziej przyjemnych rozmów. Setki procesów, które razem przeszliśmy, doprowadziły nas do miejsca, w którym obecnie jesteśmy. Uważam, że małżeństwo to najlepsza forma poznania siebie nawzajem i test, który zdajemy, jeśli pozostawimy drugiej osobie przestrzeń. To wielka sztuka i cały czas się jej uczymy. Nie dostaliśmy gotowego przepisu na sukces. Do wszystkiego dochodziliśmy samodzielnie – cierpliwością i dialogiem. Rozmowa w związku to podstawa! Dodajmy do tego jeszcze wspólne przystanki „stop”, wzajemny szacunek i magiczne słowo „przepraszam”. A jeśli rozmowa, to pełna wspierających pytań, nigdy oceniająca, wyzuta z wyrzutów. Takie podejście daje wspaniałe rezultaty w postaci niezwykłej więzi, która przekłada się na stabilne fundamenty w biznesie. Oto mój prywatny przepis na BIZNES Z KLASĄ.