Jakiś czas temu, podczas chwilowego pobytu w mentalnym dołku, miałem ciekawą rozmowę z moim wspólnikiem i przyjacielem. Trochę filozoficznie zaczęliśmy zastanawiać się co powoduje, że idziemy do przodu i nam się chce, a co wręcz przeciwnie – wzbudza poczucie wypalenia i niechęć do wstania rano z łóżka. Tomasz (mój wspólnik i przyjaciel) opowiedział mi historyjkę o dwóch ludziach pracujących w ramach tego samego, DUŻEGO projektu, jakim dla przykładu może być rozbudowa sieci wodociągowej w dużym mieście. Jeden z nich to szef projektu ogarniający całość, drugi to operator koparki kopiący dziury w ziemi.

Szef czuje się wypalony i nic mu się nie chce. Kłopot jest w tym, że nie widać z dnia na dzień postępu w ramach projektu. Z poziomu szefa nie widać tego, że ktoś inny tylko jednego dnia wykopał 300 metrów rowu. Z punktu widzenia szefa, sprawy ciągną się w nieskończoność. Nuda… Z drugiej strony, gość w koparce, wychodząc po zakończonym dniu pracy do domu ogląda się za siebie i mówi sobie: „o ku…wa, ale wykopałem kawał dziury!” Jest sukces i progres? No jest.

Kult dużych celów

Żyjemy w czasach kultu wielkich celów. Wypada mieć ambitne zamiary i wielkie marzenia, zaś ich nieposiadanie jest postrzegane jako mało seksowne. Dlatego uczymy się zamieniać marzenia na cele i definiować je w odpowiedni sposób. Istnieje niejedna metoda określania celów, a jedna jest bardziejsza od drugiej. Cele można bowiem stawiać poprawnie albo zupełnie niewłaściwie.

Niektórzy trenerzy rozwoju osobistego uczą, że cele należy codziennie zapisywać w specjalnym zeszycie oraz naklejać na lodówce. Aby się tego wszystkiego nauczyć chodzimy za niemałe pieniądze na szkolenia, na których specjaliści uczą nas pracy z celami. Tuż po skończeniu studiów miałem ambitne i mięsiste cele życiowe, postawione zgodnie z najlepszymi praktykami pochodzącymi od świetnych szkoleniowców. Dzięki temu dokładnie wiedziałem co będę miał i kim będę, kiedy skończę 30 lat.

Pamiętam te 30 urodziny: wspólnie z moim ówczesnym najlepszym kolegą siedzieliśmy przy flaszce i roztrząsaliśmy w rozpaczy wszystko, co nam do tej pory nie wyszło.

Dzisiaj mam bowiem takie kawałki życia, gdzie mogę powiedzieć, że odniosłem duży sukces i zrealizowałem wiele celów. Są też takie, gdzie pomimo starań intensywnych i długoletnich, jestem w czarnej dupie. Dlaczego jest tak, że „cele nie działają”?

Celowo piszę „nie działają” w cudzysłowie. To nie jest tak, że stawianie sobie celów jest bez sensu. Jestem zwolennikiem posiadania marzeń, celów oraz ich realizowania. Z tym, że nieco bym skorygował podejście do tematu. Jest bowiem mnóstwo ludzi dookoła, u których ciśnienie i wkurw podnosi się za każdym razem, gdy uświadamiają sobie, że pomimo ciężkich starań, cel jest nadal odległy.

Daleko jeszcze?

Uświadomiłem sobie, że względem tych celów, którymi przez ostatnie lata oklejałem lodówkę i które jak kretyn pisałem codziennie w zeszycie, odczuwam jedynie narastającą frustrację. Po prostu, odległość pomiędzy miejscem, w którym jestem, a moją ziemią obiecaną jest ciągle duża. Nie jestem zmotywowany wielkimi celami, wręcz przeciwnie.

Koncentracja na celu, na przykład poprzez codzienne ich wypisywanie w zeszycie, prowadzi do ciągłego „sprawdzania” jak daleko jeszcze jest do celu. To odruch. A ponieważ jeszcze jest dość daleko, powstaje frustracja. Ta z kolei, jeśli trwa odpowiednio długo albo często się powtarza, staje się nawykiem. A nawyk odczuwania frustracji zabija motywację i przekształca się w wypalenie oraz depresję. A tego nie chcemy.

Olśnienie…

…przyszło podczas mojego drugiego Runmageddonu. Dla mniej wtajemniczonych, Runmageddon jest to taka forma aktywności fizycznej, gdzie ludzie płacą pieniądze za to, żeby móc wytarzać się w błocie i generalnie spuszczają sobie wpierdziel twierdząc, że świetnie się przy tym bawią. Bardzo lubię takie zabawy, dlatego biegam w Runmageddonach.

To była moja pierwsza formuła Classic, czyli 12 km i 50 przeszkód. Niby nie aż tak dużo, ale teren był wyjątkowo trudny. Gdzieś koło trzeciego kilometra zdałem sobie sprawę, że 12 km w takich warunkach jest nie do zrobienia. No nie dam rady, po prostu, ja pierniczę, to dopiero 3 kilosy, a ja już zdycham… A potem zrobiło się więcej pagórków, więcej błota i więcej wody. W którymś momencie złapałem się na tym, że jestem w pełni skupiony na bardzo prostej rzeczy – na kolejnym, najbliższym kroku. Bo jeśli źle postawię nogę, to spadnę ze skarpy. Myślenie o 12 kilometrach schowało się pod warstwą koncentracji na najbliższym kroku.

Reszta z tych 12 km przeleciała dość szybko, a satysfakcja, że dałem radę, krążyła w moich żyłach jeszcze przez kilka dni.

Dotarło do mojej mózgownicy, że TO jest brakujący element, którego potrzebuję, że rozwiązanie, które jest mi potrzebne polega na tym, by „odkleić” się od celu końcowego po to, by całkowicie zająć się procesem, a właściwie tylko kolejnym krokiem we właściwym kierunku. Że to, co jest potrzebne, to seria małych etapów, po których będę widział, że jestem dzisiaj nieco dalej, niż wczoraj.

Analogie…

…czyli sytuacje, gdzie cel jest znany, ale się na nim NIE skupiamy, bo W NATURALNY SPOSÓB pochłania nas proces na tyle mocno, że na rozpraszanie nie wystarcza już pamięci operacyjnej, dzięki temu zbliżamy się do celu szybko i z większą pewnością.

Kiedy jadę samochodem, nie muszę sobie oklejać lodówki pocztówkami z miasta, do którego się wybieram. Prowadząc auto, jestem skoncentrowany na tym, co widzę przed maską. Omijam dziury i korki, wyprzedzam, przejeżdżam przez skrzyżowania. W świadomości mam WYŁĄCZNIE to, co jest w zasięgu wzroku. To, nad czym tu i teraz mam kontrolę.

Inna analogia – żeglarstwo. Wypływając z Giżycka wiem, że wieczorem zamierzam być w Mikołajkach. Aby tam trafić, nie potrzebuję dwa razy dziennie wizualizować portu docelowego w świetle zachodzącego słońca. Zamiast tego koncentruję się na korygowaniu kursu względem wiatru, omijam przeszkody, reaguję na zmienną pogodę, wybieram szoty, luzuję szoty, ubieram sztormiak, gdy pada deszcz, a zdejmuję, gdy wychodzi słońce. Kiedyś nawet zrobiłem taki graficzny post mówiący, że żeglarstwo jest jednym z najlepszych sposobów na bycie tu i teraz.

Dariusz MłynarskiDariusz Młynarski

Jest mnóstwo aktywności, gdzie tak właśnie to działa, w naturalny sposób: odklejasz świadomość od końcowego celu, by całkowicie ją zapełnić kolejnym krokiem, kolejnym zakrętem, kolejnym ruchem. Tym, z czym masz bezpośredni, fizyczny kontakt. Tym, co możesz w danym momencie kontrolować. Tym, na co masz wpływ tu i teraz.

Im trudniej, tym łatwiej

Zauważyłem pewną interesującą zależność. Jestem ciekaw, czy się ze mną zgodzisz. Im więcej uwagi wymaga „tu i teraz” tym łatwiej jest „odkleić” uwagę od ciągłego sprawdzania, jak daleko jeszcze jest do celu. Im bardziej proces jest zajmujący, tym łatwiej jest posuwać go do przodu. Innymi słowy, im jest trudniej, tym jest łatwiej.

Jak pozbyć się frustracji spowodowanej dużą odległością do celu?

Odniosę się do własnego doświadczenia w temacie, w którym mam sukces – będąc w wieku średnim nadal jestem młody i w pełni zdrowy. Mój organizm jest o co najmniej 10 lat młodszy, niż wskazuje na to mój PESEL. Kiedy kilkanaście lat temu podejmowałem decyzję o tym, że będę prowadził zdrowe życie, świadomie się odżywiał, stosował suplementy etc, nie byłem skoncentrowany na efekcie końcowym. Nie miałem szczegółowej wizji tego, jak będę wyglądał i czuł się mając 4 dychy i więcej na liczniku. Za to dość łatwo jest się na bieżąco zorientować, że zjedzenie sałatki jest lepszym pomysłem niż wchłonięcie McBurgera, a to właśnie jest „tu i teraz” w kontekście zdrowia. Nad tym, co dzisiaj wkładasz do ust, masz kontrolę i możesz odpowiedzialnie wybrać między czymś korzystnym dla zdrowia, a badziewiem.

Konkretnie

Oczywiście, że trzeba wiedzieć, jaki ma być wynik. Wizja końca powinna być znana. W każdym temacie, w jakim chcesz osiągnąć coś innego niż masz obecnie, określ czego chcesz.

Następnie potrzebujesz określić, co trzeba zrobić i co musi się wydarzyć, aby wynik stał się rzeczywistością. Co powinieneś zrobić sam? Jakie nowe nawyki warto wykształcić? Co potrzebujesz, by zrobili inni? Potrzebujesz listy podstawowych ruchów zbliżających Cię do wyniku. Potrzebujesz wiedzieć, jaki PROCES trzeba zrobić.

Dalej, dosłownie zapominasz o wyniku, nie zaprzątasz sobie nim świadomości, by skoncentrować się na podstawowych ruchach. Właściwie, to nawet tylko na NASTĘPNYM ruchu.

Od czasu do czasu sprawdzasz progres. Ale tylko na tyle, ile trzeba, aby upewnić się, że przesuwasz się we właściwym kierunku, ewentualnie czy musisz dokonać korekty.

Zachowuj się jak człowiek idący po linie. Od czasu do czasu rzuca on okiem na drugi koniec liny, ale jest absolutnie skoncentrowany na najbliższym kroku.

Zadawaj sobie regularnie dwa pytania

Pytanie 1: Czy to, co zamierzam zrobić, zbliża mnie do wyniku?

Pytanie 2: Co mogę zrobić TERAZ, aby przesunęło mnie w stronę wyniku, którego chcę? Jeśli odpowiedz na pytanie 1 jest: „tak, zbliża”, robisz to. W przeciwnym razie szukasz odpowiedzi na pytanie 2.

Czy to działa w każdej dziedzinie życia? Nie mam pojęcia, czy w każdej. Z całą pewnością działa w temacie „zdrowy po 40-ce” oraz w kilku innych. Działa w odchudzaniu, profilaktyce zdrowia i w sporcie. Nie widzę jednak żadnego powodu, dla którego koncentracja na kolejnych krokach, zamiast na wyniku, miałaby NIE zadziałać na polu biznesu, kariery, czy jakiegokolwiek innego kawałka życia, w którym chciałbyś cokolwiek zmienić.

Przykład: odchudzanie

Wynik jaki chcę osiągnąć, jest łatwy do określenia: chcę być szczupły. Czy potrzebuje wiedzieć dokładnie ILE kilogramów zamierzam ważyć i ILE CENTYMETRÓW ma mieć mój biceps? Śmiem twierdzić, że niekoniecznie. Wystarczy jak wiem, że chcę dobrze wyglądać, mieć płaski brzuch, wyraźnie zarysowane mięśnie i przy tym dobre samopoczucie. Proces, który do tego prowadzi, składa się z kilku elementarnych ruchów:

  1. Zjadać mniej kalorii niż zużywasz.
  2. Jeść więcej białka i warzyw, mniej węglowodanów i cukru.
  3. Ruszać się regularnie w trybie kardio.

Wiedząc o tych sprawach, możesz w pełni oddać się procesowi, zapominając kompletnie o wyniku. Setki razy w ciągu dnia możesz odnieść mały, ale znaczący sukces i iść dalej. Za każdym razem, gdy zamieniasz ciastko na warzywo, hamburgera na rybę, colę na wodę. Gdy idziesz schodami zamiast jechać windą. Gdy idziesz z psem na spacer zamiast oglądać serial. Nie musisz się ważyć codziennie i mierzyć w pasie po każdym treningu. Rób co należy, a za kilka tygodni będziesz lepiej wyglądać. Będziesz też czuć się znacznie lepiej – to pewne.

Odniesienia

Zdaję sobie sprawę, że nie odkrywam tym wpisem Ameryki, że nie jestem pierwszym ani ostatnim człowiekiem drążącym ten temat. Teoretycznie sprawa jest prosta i opisana już setki razy. Ale praktycznie jest tak, że wokół nas pełno jest ludzi sfrustrowanych brakiem efektów i postępów w tym, co w życiu robią. Wszak mnie samemu dojście do powyższych wniosków zajęło ze 20 lat dorosłego życia. Dopiero po tych, jakże rewolucyjnych i odkrywczych przemyśleniach uświadomiłem sobie z uśmiechem na ustach, że to wszystko już gdzieś było. Poniżej kilka odniesień, gdzie autorzy mówią o tym samym temacie, tylko innym językiem i w inny sposób. Odniesienia te są dla mnie potwierdzeniem słuszności przemyśleń. Dodatkową zachętą, by zastosować tą metodę na większa skalę. Bo jeśli zadziałała w kilku tematach, zadziała też w innych.

Być „tu i teraz”

Ile razy słyszałeś zalecenie, by starać się po prostu „być tu i teraz” i co to właściwie oznacza? Czasami jakieś twierdzenie wydaje się być zbyt proste, aby mogło być prawdziwe. A skoro tak, to albo tej wiedzy nie stosujemy, albo musimy to skomplikować. Być „tu i teraz” według definicji jaką sam sobie na własny użytek stworzyłem, oznacza zajmować się tylko i wyłącznie tym, z czym masz bezpośredni kontakt, co teraz możesz kontrolować lub zrobić.

GTD

GTD (ang. Getting Things Done) to metodologia zarządzania sprawami rozpowszechniona przez Davida Allena, autora książki „Getting Things Done, czyli sztuka bezstresowej efektywności”. To nie jest miejsce by omawiać całą metodologię GTD, możesz się jej nauczyć z książki. Powiem tylko, że metoda ta radykalnie zmieniła moje samopoczucie i poziom skuteczności. Mam więcej spraw pod kontrolą, a pomimo to mam spokojniejszą głowę. Polecam.

U podstaw metody GTD leży koncentracja na kolejnych krokach w ramach tzw. projektów, gdzie projektem jest właśnie „pożądany efekt końcowy”. Projektem jest każdy efekt, którego osiągnięcie wymaga więcej niż jednej fizycznej czynności. Sam efekt oraz proces jest opisany osobno, jakby poza metodą GTD – w notatkach, aplikacjach, mapach myśli, tam gdzie trzymamy informacje. Z dnia na dzień, jest wybór „kolejnych kroków” w procesie.

7 nawyków Coveya

Znasz „7 nawyków skutecznego działania” Stevena Coveya? Super. To klasyka gatunku, prawdziwa biblia osobistej skuteczności. Sam zastanawiam się, dlaczego zajęło mi kilkanaście lat, aby zrozumieć o co chodziło panu Coveyowi. I chyba nie tylko mnie, prawda? Pierwszy nawyk Coveya to „zaczynaj z wizją końca”. Nigdy nie miałem wątpliwości, że to dobra praktyka, po prostu warto wiedzieć, jak ma wyglądać efekt. Drugi nawyk Coveya to „bądź proaktywny”. Być może mój umysł był przez lata zbyt prosty lub zbyt zajęty, by zrozumieć to sformułowanie. „Bądź proaktywny” oznacza mniej więcej to samo, co „rusz dupę”. Innymi słowy: zrób to, co możesz TERAZ, byle we właściwym kierunku. Nawyk trzeci to „rób rzeczy najważniejsze” (w oryginale: first things first). Innymi słowy, wybieraj takie działania, które najskuteczniej przesuwają Cię w stronę „wizji końca” czyli tego, co chcesz.

Podsumowanie

Ciągła koncentracja na ambitnym i odległym celu może prowadzić do frustracji, a w dłuższej perspektywie do poczucia wypalenia i depresji. Jeśli bowiem nagroda jest zbyt odległa, przestaje działać motywująco. Dlatego poddaję w wątpliwość powszechnie używane strategie i techniki określania celów i pracy z nimi. W szczególności te, które zakładają codzienne ich wypisywanie lub inne formy ciągłego skupiania na nich uwagi. Przynajmniej w moim życiu, jak dotąd, to nie działa. Jeśli Twoje doświadczenia są podobne, zachęcam by spróbować podejścia odwrotnego.

Podejście odwrotne to po pierwsze określenie pożądanego wyniku (wizja końca) po to, by następnie po drugie traktować go jako ogólny kierunek w którym zmierzasz. Zaś na bieżąco, dzień po dniu, po trzecie całą uwagę poświęcaj na to, co w obecnej chwili możesz zrobić, a co przesuwa Cię w kierunku celu. Dzięki temu, za każdym razem po wykonaniu kolejnego kroku, kiedy obejrzysz się za siebie, zobaczysz postęp.

Zamiast frustracji z powodu tego, że do miliona na koncie ciągle brakuje Ci jeszcze 995 tysięcy, będziesz odczuwać zadowolenie z faktu, ze masz o 100 zł więcej niż wczoraj!

Sam tego wszystkiego nie wymyśliłem…

Po pierwsze facetem, który szturchnął mnie w mózg na tyle skutecznie, że poskładałem to do kupy, jest Rafała Mazur, trener pomagający ludziom w byciu bardziej skutecznymi. Polecam Ci szczerze lekturę bloga ZenJaskiniowca.pl oraz programy audio: „Motywacja bez motywacji”, „Bezwstyd, czyli od wstydu do wolności” oraz „Uwolnij zakładnika”. Wszystko dostępne jest na stronie http://zenjaskiniowca.pl.

Po drugie książka „Efekt kumulacji”, autor Darren Hardy. Praktyczny poradnik pomocny w uświadomieniu sobie, że każdy budynek składa się z cegieł, że każda wielka rzecz składa się z wielu malutkich. Jest o nawykach, jest o procencie składanym i o tym, jak to wszystko zastosować w praktyce.

Po trzecie książka „7 nawyków skutecznego działania”, autor Steven Covey. Biblia efektywności osobistej, napisana już spory kawał czasu temu, ale ciągle nader aktualna.

Po czwarte swobodna interpretacja 7 nawyków Coveya autorstwa mojego drugiego wspólnika, Rafała. To właśnie on przetłumaczył frazę „be proactive” jako „rusz dupę”, która według moich obserwacji do wielu ludzi trafia znacznie skuteczniej. Rafał nie napisał jeszcze żadnej książki, ale myślę, że to tylko kwestia momentu.

A jeśli nie masz czasu na długie czytanie, szczerze Ci rekomenduję ZenJaskiniowca.pl i nagrania Rafała Mazura. To koncentrat, samo gęste, które pomaga ruszyć z miejsca. A jeśli w Twoim odczuciu ten wpis jest wartościowy i pomocny – napisz komentarz i podaj dalej korzystając z przycisków nad tekstem. Do zobaczenia niebawem.

Dariusz MłynarskiDariusz Młynarski

Dariusz Młynarski jest współzałożycielem i wspólnikiem network marketingowej firmy WellU, która dystrybuuje kosmeceutyki oparte na peptydach kolagenu rybiego, dodatki żywieniowe oraz żywność funkcjonalną wspomagającą budowanie pięknej sylwetki. Autor książki „Marketing Sieciowy dla Realistów”. Prowadzi bloga Dariuszmlynarski.pl.